Tate Modern
Przepisy kulinarne, sport, zdrowie i uroda

Metal, wood, glass, basil and lipstick.

Picasso on the wall

 

Tate Modern

 

Tate Modern

 

Picasso on the wall

 

Southwark

 

Wandsworth

 

Baker Street

 

Tate Modern

 

home made chocolates

 

Tate Modern

 

Tate Modern

 

Chelsea

 

Picasso on the wall

 

dinner, scrambled eggs with basil and sausage.

 

Baker Street

 

Chelsea

 

Baker Street Station

 

Tate Modern

 

Baker Street

 

White City Station

 

sushi

 

Baker Street Station

 

sandwiches

 

Baker Street Station

 

Tate Modern

 

Jeffree Star

 

Baker Street

 

© Noil Branc, London 2017

 

Reklamy
Zwykły wpis
Ofelia z Czarnego Dunajca
obyczaje, Publikacje, sport

Dodekafonia

*

The Method / Studio Voltaire

Clapham. Nie można oprzeć się wrażeniu, że powstało na uboczu City by syntetyzować treści. Paulina Ołowska z godną sobie słabością do minionej awangardy syntetyzuje w lokalnym, opuszczonym przez kaznodzieję kościele metodystów adoptowanym przez Studio Voltaire. Komponuje w dwóch pomieszczeniach własne kolaże i instalację z dziełami Hasiora, Wieczorkiewicza, Schauflera oraz wierszem Pusłowskiego „Kabina kąpielowa”. Mistrzowsko zdecentralizowane rozmieszczenie w przestrzeni wymusza korespondencję wszystkich twórców. Uderzająca odmienność ich dzieł,  od cepelii po niedbałe kolaże włączając charakter pomieszczenia w którym się znajdują. Czym jest mise-en-scène w rękach sprawnej poszukiwaczki Ołowskiej? Londyn wita pierwszy raz „Damę z Łasiczką”, ale tą tatrzańską, bałaganiarską która patrzy tym razem po przekątnej galerii na  olej Schauflera „U.A. VI”, kipiel stwarzania, emanacji rozmytego tutaj pojęcia „energii”. Obcując z kolażami autorki powierzchownego bałaganu „metody”,  biorę w nawias swoje poczucie estetyki oddając jej uśmiech. Ta romantyczna chęć zmieniania świata kosztem miejsca i czasu, kosztem narzędzi, dyspozycji …

Studio Voltaire

Studio Voltaire

 *

Across Realities / Tate Modern

Odwracam chronologię. „Wiemy już obecnie, że sztuczne systemy są możliwe. Dowody w naszej erze dostarczyła choćby dodekafonia. Nie stworzyły jej przecież całe pokolenia, nie narastała anonimowo poprzez stulecia na wzór systemu tonalnego. Objawiła się Schönbergowi dość nagle i to w formie teoretycznego wymysłu o wszelkich znamionach absurdu.” Tą zwielokrotnioną montażem filmowym kwestię można było usłyszeć w filmie „Bezdech” Wojciecha Bruszewskiego, emitowanego w Tate Modern z inicjatywy Łukasza Mojsaka, kuratora Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Bruszewski, prekursor sztuki wideo w Polsce konfrontowany jest z twórcami brytyjskimi.

*

Synteza

Nie można oprzeć się wrażeniu, że Paulina Ołowska z godną sobie słabością do minionej awangardy syntetyzuje kipiel stwarzania, dowody w naszej erze opuszczenia przez kaznodzieję. Wiemy już obecnie, że sztuczne systemy są możliwe. Mistrzowsko zdecentralizowane rozmieszczenie w przestrzeni, metodyczny „bałagan” dostarcza choćby w formie teoretycznego wymysłu poczucie estetyki kosztem narzędzi. Ta romantyczna chęć wymuszania korespondencji o wszelkich znamionach absurdu  z kolażami autorki rozmywa tutaj pojęcie „energii”. Adoptowana kabina kąpielowa wita pierwszy raz, kosztem miejsca i czasu, teoretyczny wymysł o znamionach absurdu. „Dama z Łasiczką” Hasiora stwarzana anonimowo przez całe pokolenia niedbale włączając charakter  pokolenia objawia zwielokrotnienie Ołowskiej. Dowody dostarczyła choćby dodekafonia, emanacja rozmytej chęci zmieniania dyspozycji, zwielokrotniania kosztów emisji pokolenia. Z dziełami Mojsaka, włączając kolaże, koresponduje sprawnie bezdech Hasiora. Cepelia.

Na wzór systemu tonalnego, razem po przekątnej galerii biorę w nawias swoje poczucie sensu.

*

Tekst ukazał się w numerze 4 (2/2013) „eleWatora”

Zwykły wpis
yellow Tate Modern
kitsch, obyczaje, Publikacje, sport

Nieistotna żółta sprawa

Zobowiązany ostatnimi wydarzeniami rezygnuję z optymizmu na rzecz sprawy nie-istotnej.

Jej geneza dla wielu wydaje się być nie godna poświęcenia czasu, banalna, przebrzmiała na wielu frontach akademickiej dyskusji. L’art pour l’art, być może, biorę w nawias kilka tygodni wcześniej wybierając się na planowane spotkanie z nieskończonością. Padał deszcz na szczęście. Jest dla mnie rodzajem ciszy. Nagrany i odtwarzany w słuchawkach umożliwia odseparowanie się w przestrzeni galerii od komentatorów, z konieczności intruzów. Tego dnia było to uzasadnione. Wnoszę zapach deszczu na swoim ubraniu, jedyny w swoim rodzaju, nieistniejący nigdzie indziej, wcześniej mi nie znany. Przyda się do przypominania rzeczywistości. Bywało, że spotkania z nieskończonością kończyły się szaleństwem. Krople przypominają „Continuum” Ligetiego, kap , kap , alef zero , kap , alef jeden , rodzą się przejawy nieskończoności. Znałem kilka choćby z badań nad liczbami kardynalnymi, teraz jest inaczej. Podług wytycznych malarza, muszę zachować odpowiednią odległość by przejść przez bramę. Niemal wodzić nosem po muralu. Rozwarstwiam się, znikam. Gdyby nie współtowarzysze z aparatami fotograficznymi! W romantycznych bajaniach mnożymy legendy o lataniu , nieznane ptakom, oderwanie się od podłogi wywołujące lęk zasadny animal rationale. Tak, byłem wdzięczny historii za możliwość uczestnictwa w tej grze.

Wychodzę. Opuszczam. Nadmiernie wrażliwy snuję roszczenie o niemożliwości skrajnego nihilizmu w naszej post nowoczesności. Architektura nie pomaga mi w utrzymaniu tego mniemania. Z prostej przyczyny. Chowając się przed deszczem, pełen wrażeń z elektrowni zachodzę w sąsiadującym Southwark do małego sklepiku w kamienicy. Gdy krople nie biją już mocno dociera do świadomości pułapka sytuacyjna w jakiej się znalazłem. Wystarczy spojrzeć w górę, ta potężna iglica mieniąca się najwyższą w Europie. Sztylet który przeciął chmury, wywołał deszcz, moją ciszę. Nie pasuje tutaj , do tych wszystkich ledwo słyszalnych opowieści zamkniętych w starych murach. Przygniata tak mocno, że nie jesteśmy świadomi jego ogromu. Jest wyższy od muru floydów. Dowód czasu kryzysu w którego pobliżu w dobrym tonie jest być krawatologiem uśmiechniętym od ucha do ucha, zniesmaczonym nagabywaniem długowłosych rzeczników praw Mokrych od Deszczu, wolontariuszy Amnesty International dobierających się bezczelnie do zasobów ukrytych w karcie kredytowej. Zapędziłem się. Wstęp do nihilizmu już przerobiony.

Kilka dni później na jednym z murali serii „Black on Maroon” Rothki pojawia się napis: „Vladimir Umanets ’12, A potential piece of yellowism” (Vladimir Umanets ’12, Potencjalny przykład yellowizmu).

Istotę „yellowizmu”, koncepcji ufundowanej przez Włodzimierza Umańca i Marcina Łodygę można przedstawić w skrócie tak:

мYellowizm” nie jest sztuką i nie jest anty – sztuką. Wszystkie dzieła sztuki umieszczone w „komorze yellowistycznej” redukują się do koloru żółtego.

Dla fundatorów „(…) obecność yellowizmu w kulturze niszczy sztukę współczesną i stawią ją do góry nogami. Fakt, że istnieje yellowizm powoduje, że sztuka współczesna traci grunt pod nogami.”

Pozwolę sobie przeprowadzić wywiad z Włodzimierzem Umańcem w „komorze yellowistycznej” który nigdy nie miał miejsca w rzeczywistości. Prosi się czytelnika o uzupełnienie odpowiedzi rozmówcy podług uznania:

Noil Branc: Rozmawiamy w komorze yellowistycznej. Czy mogę pozwolić sobie na zredukowanie nas, naszej dyskusji , naszej pamięci do żółci?

Włodzimierz Umaniec:

NB: Czy żółć jest kolorem przypadkowym?

WU:

NB: Podobnie stwierdzenie „jest prawdą, że nie ma prawdy”, zgodzisz się?

WU:

NB: Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem. Może mam złe wyobrażenie, żądałem zbyt wiele od sztuki obarczając odpowiedzialnością artystę. Czy mogę myśleć, że akt yellowistyczny unicestwia wszystkie możliwości?

WU:

NB: Na waszym blogu widnieje jeden z wyborów, czarny sportowy Mercedes

WU:

NB: W końcu to nie jest sikanie do pisuaru Duchampa

WU:

NB: Zasłyszałem złośliwe opinie, że „to hipokryzja z potwierdzoną copyrightem autentycznością pod manifestem” na waszym blogu i „daliście upust wyłącznie żądzy sławy, prostactwo które stać co najwyżej na doczytanie definicji futuryzmu w Wikipedii”

WU:

NB: Przyznaję, że udało wam się wyprowadzić mnie z równowagi. Na wieść o podpisaniu dzieła Rothki zareagowałem emocjonalnie pisząc na żółtym tle „Yellowism is bullshit”. Czy właśnie o to chodziło? Czy jutro rano mogę założyć ociekający krwią krawat z wieprzowego ozora?

WU:

NB: Kusi eksperyment myślowy przy okazji przyznając się do pewnej sprawy. Kilka lat wcześniej, kiedy zapędy anarchistyczne miały jeszcze jakąś moc, wspólnie z przyjacielem opracowywaliśmy koncepcję wirtualnej galerii dzieł konceptualnych. Zmyślone nazwiska artystów, zmyślone dzieła. Ich konstrukcja zabierała niewiele czasu, po kilka sztuk dziennie z dorabianiem odpowiedniej, płaskiej ideologii. Kusiło zaproszenie znakomitości ze świata artystów i kuratorów na otwarcie, oczywiście zakrapiane winem. Zaproszenie na trawiastą polanę. Ostatecznie nie doprowadziliśmy do jej realizacji.

WU:

NB: Zgoda, nietrafne porównanie, zbiliście z tropu. Co dalej? Macie jakiś konkretny plan?

WU:

NB: Dziękuję za rozmowę.

WU:

Nic się nie wydarza, nic się nie wydarzyło …

yellowism


Tekst ukazał się w „eleWatorze” nr 2 (2/2012) październik/grudzień

Zwykły wpis
riots in hackney
obyczaje, Publikacje, sport

Artyści Ulicy w Teatrze Telewizji

W izolowanej przestrzeni Saatchi Gallery mijam owinięte wokół słupów samochody, niepogodzone ze swoją cielesnością manekiny wijące się w seksualnym tańcu i ucho Beethovena. Przedmioty nieme geometrycznie zmuszają mnie do odwiedzin ulubionego pomieszczenia. Wchodzę w zmienne wymiary sprawnego architekta, Richarda Wilsona. Przestrzeń w której mieszkam przestaje być oczywista. Zaniepokojony brakiem podłogi, kuszony do skoku przygotowaną rampą, zapominam na chwilę o nieoczekiwanym przedstawieniu na które wszyscy czekamy, akt pierwszy artystów ulicy. Dyskomfort wzmocniony zapachem oleju z pomieszczenia utrzyma się długo, w drodze powrotnej gdy będę mijał na Sloan Street pamięć kolonialną, angielskie i włoskie dzieła inżynierii motoryzacyjnej okraszone gdzieniegdzie ptasimi niespodziankami oraz pokojówki z Bond Street.

… wiedziony miłością kłaniam się przed krzyżem świętego Jerzego.

Na szczęście jestem uprawniony do osądu z pozycji chłodnego obserwatora. Wychowało mnie miasto usypiających trzynastu muz w którym autor „Eine kleine” może z najwyżej położonej restauracji ukazać przyjezdnym morze Bałtyckie. Konglomerat naleciałości dzięki któremu mogę wybierać sposoby istnienia potrzebne do solidnego zaczepienia w rzeczywistości nieudanego eksperymentu multikulturowego, „nieunikniona modalność widzialnego”.

… na twoje podobieństwo, ulepiony z gliny, wesz , upodli się jak Dedalus w Paryżu.

Dzisiaj teraz stanie się tutaj. Spotkam wieczorem polskich przyjaciół, przy kolacji oglądając wiadomości i podziwiać będziemy przedstawienie Teatru Telewizji. Natchniony pokojem Wilsona wielopoziomuję z konieczności. Od buntu przeciw XIX wiecznej poprawności podróży romantycznych artysta wybiera swój sposób postrzegania jako obiekt analizy i kpiny. Robi to świadomie, z uprzedzenia przed minionym. Powstaje kpina dadaistyczna, surrealizm , doświadczenia wojny z kubizmem , teatr Grotowskiego, Fluxus wreszcie zgnilizna Hirsta niemal zawsze w opozycji do ładunku emocjonalnego sztuki masowej.

… pijany Angus Barnett pamięta opowieści o dywizjonie 303. Opowieść w kołyszącym się autobusie. Udaję, że śpię. Uzurpacja.

Kolega, przy kolacji, z pasją komentuje widziane na ekranie telewizora płonące kamienice na Tottenhamie twierdząc, że „riots nie uradzili by kibicom Legii Warszawa”. Z szacunkiem do czasów „kwiatów nie mających mocy” ruszenie społeczne możliwe było na wielu poziomach aktywności, rzucano kamieniami w uniwersytet burząc dotychczasowy porządek wykładu. Napięcie i konsternacja, szyby wystawowe i kraty pękają pod naporem poprawności politycznej, płoną następne budynki, sklepikarze liczą straty – Croydon, Enfield, po kolei. Przed nami jawi się szokujący w pierwszej chwili spektakl samo-stwarzających się artystów ulicy, teatr finansowany publicznie. Aktorzy są pseudo anonimowi, podług umowy społecznej są systematycznie portretowani tak, by jutro w porannej gazecie można było ich podziwiać.

… chodnik przy Gloucester Place nieopodal świętego Cypriana, wyżłobione od łez piwnicznych prostytutek znaki.

Burmistrz mistrzowsko spóźnia się na przedstawienie stając się jednym z aktorów. Musi uprzątnąć scenę przed igrzyskami olimpijskimi. Ogród sztuk współczesnych przez swoją semantykę w klasycznym sensie nic nie znaczy, odziera sferę psychiczną z właściwych jej sposobów przeżywania. Zamiast udoskonalonych pejzaży zaglądamy bezczelnie w matematyczne wzory, modele opisowe, teorie koloru i dźwięku. Młody artysta ulicy staje po przeciwnej stronie, buntuje się przeciw treści i cenie dzieła sztuki współczesnej, zaczyna wygrywać statystycznie. Wreszcie sam staje się dziełem sztuki. Jako aktor nowego teatru nie musi martwić się o jakość pytań sztuk konkurencyjnych a ja jako drugi pomocniczy młody reżyser hipokryta, już zsekularyzowany i pretendujący do dojrzałego cynizmu, o jej koszta społeczne.

… to on legetai pollahos, kołysany wyciągam dwa pensy z kieszeni, tańczy moneta między palcami. Nieopodal bramy China Town, nie warto było fotografować tej sceny, pęka szyba w restauracji od miłosnego uścisku transwestytów.

Moja faktyczna partycypacja w życiu kulturalnym mieści się w granicach błędu statystycznego, modus operandi w świecie obiektów banalnych mierzone licznością pustych puszek po piwie np. browarów poznańskich w okolicznych parkach .

Cień „How it is” nadal się utrzymuje w Hali Turbin i na szczęście tam pozostanie, a tym bardziej rozmowy przy Finchley Road …

P.S.

Na łamach brytyjskiego „Dziennika Polskiego” jawi się zdanie „Jak tłumaczy kurator wystawy ważne jest, by w tym wielkim mieście nie zatracić siebie, bo bycie londyńczykiem to przede wszystkim przywilej bycia sobą. Nikt nie zwraca tu uwagi na kolor skóry, narodowość, pochodzenie, bo błądząc w labiryncie monarchii brytyjskiej wszyscy mamy takie same szanse.” opisujące wystawę zbiorową „Londoners” Zrzeszenia Polskich Artystów Plastyków w Wielkiej Brytanii (APA).

… ważne jest, by nie zatracić siebie obcując z tą wspaniałą, porażającą swoim malowniczym charakterem panną lekkich obyczajów. Bywa tak, że kocha się ją bezgranicznie. Bycie jej kochankiem to przywilej walki o siebie, nieskończony dialog z jej humorami, tym bardziej, że jest wybredna. Błądząca ladacznica w odmętach resentymentów postkolonialnych. Niemal każdy, bez względu na kolor skóry i uposażony w odpowiedni potencjał wytwórczy może nabyć pampersy w Union Jacka.

Noil Branc / Londyn


Tekst ukazał się na łamach „eleWatora” nr 1 (1/2012) lipiec/wrzesień

Zwykły wpis