Ofelia z Czarnego Dunajca
obyczaje, Publikacje, sport

Dodekafonia

*

The Method / Studio Voltaire

Clapham. Nie można oprzeć się wrażeniu, że powstało na uboczu City by syntetyzować treści. Paulina Ołowska z godną sobie słabością do minionej awangardy syntetyzuje w lokalnym, opuszczonym przez kaznodzieję kościele metodystów adoptowanym przez Studio Voltaire. Komponuje w dwóch pomieszczeniach własne kolaże i instalację z dziełami Hasiora, Wieczorkiewicza, Schauflera oraz wierszem Pusłowskiego „Kabina kąpielowa”. Mistrzowsko zdecentralizowane rozmieszczenie w przestrzeni wymusza korespondencję wszystkich twórców. Uderzająca odmienność ich dzieł,  od cepelii po niedbałe kolaże włączając charakter pomieszczenia w którym się znajdują. Czym jest mise-en-scène w rękach sprawnej poszukiwaczki Ołowskiej? Londyn wita pierwszy raz „Damę z Łasiczką”, ale tą tatrzańską, bałaganiarską która patrzy tym razem po przekątnej galerii na  olej Schauflera „U.A. VI”, kipiel stwarzania, emanacji rozmytego tutaj pojęcia „energii”. Obcując z kolażami autorki powierzchownego bałaganu „metody”,  biorę w nawias swoje poczucie estetyki oddając jej uśmiech. Ta romantyczna chęć zmieniania świata kosztem miejsca i czasu, kosztem narzędzi, dyspozycji …

Studio Voltaire

Studio Voltaire

 *

Across Realities / Tate Modern

Odwracam chronologię. „Wiemy już obecnie, że sztuczne systemy są możliwe. Dowody w naszej erze dostarczyła choćby dodekafonia. Nie stworzyły jej przecież całe pokolenia, nie narastała anonimowo poprzez stulecia na wzór systemu tonalnego. Objawiła się Schönbergowi dość nagle i to w formie teoretycznego wymysłu o wszelkich znamionach absurdu.” Tą zwielokrotnioną montażem filmowym kwestię można było usłyszeć w filmie „Bezdech” Wojciecha Bruszewskiego, emitowanego w Tate Modern z inicjatywy Łukasza Mojsaka, kuratora Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Bruszewski, prekursor sztuki wideo w Polsce konfrontowany jest z twórcami brytyjskimi.

*

Synteza

Nie można oprzeć się wrażeniu, że Paulina Ołowska z godną sobie słabością do minionej awangardy syntetyzuje kipiel stwarzania, dowody w naszej erze opuszczenia przez kaznodzieję. Wiemy już obecnie, że sztuczne systemy są możliwe. Mistrzowsko zdecentralizowane rozmieszczenie w przestrzeni, metodyczny „bałagan” dostarcza choćby w formie teoretycznego wymysłu poczucie estetyki kosztem narzędzi. Ta romantyczna chęć wymuszania korespondencji o wszelkich znamionach absurdu  z kolażami autorki rozmywa tutaj pojęcie „energii”. Adoptowana kabina kąpielowa wita pierwszy raz, kosztem miejsca i czasu, teoretyczny wymysł o znamionach absurdu. „Dama z Łasiczką” Hasiora stwarzana anonimowo przez całe pokolenia niedbale włączając charakter  pokolenia objawia zwielokrotnienie Ołowskiej. Dowody dostarczyła choćby dodekafonia, emanacja rozmytej chęci zmieniania dyspozycji, zwielokrotniania kosztów emisji pokolenia. Z dziełami Mojsaka, włączając kolaże, koresponduje sprawnie bezdech Hasiora. Cepelia.

Na wzór systemu tonalnego, razem po przekątnej galerii biorę w nawias swoje poczucie sensu.

*

Tekst ukazał się w numerze 4 (2/2013) „eleWatora”

Zwykły wpis
yellow Tate Modern
kitsch, obyczaje, Publikacje, sport

Nieistotna żółta sprawa

Zobowiązany ostatnimi wydarzeniami rezygnuję z optymizmu na rzecz sprawy nie-istotnej.

Jej geneza dla wielu wydaje się być nie godna poświęcenia czasu, banalna, przebrzmiała na wielu frontach akademickiej dyskusji. L’art pour l’art, być może, biorę w nawias kilka tygodni wcześniej wybierając się na planowane spotkanie z nieskończonością. Padał deszcz na szczęście. Jest dla mnie rodzajem ciszy. Nagrany i odtwarzany w słuchawkach umożliwia odseparowanie się w przestrzeni galerii od komentatorów, z konieczności intruzów. Tego dnia było to uzasadnione. Wnoszę zapach deszczu na swoim ubraniu, jedyny w swoim rodzaju, nieistniejący nigdzie indziej, wcześniej mi nie znany. Przyda się do przypominania rzeczywistości. Bywało, że spotkania z nieskończonością kończyły się szaleństwem. Krople przypominają „Continuum” Ligetiego, kap , kap , alef zero , kap , alef jeden , rodzą się przejawy nieskończoności. Znałem kilka choćby z badań nad liczbami kardynalnymi, teraz jest inaczej. Podług wytycznych malarza, muszę zachować odpowiednią odległość by przejść przez bramę. Niemal wodzić nosem po muralu. Rozwarstwiam się, znikam. Gdyby nie współtowarzysze z aparatami fotograficznymi! W romantycznych bajaniach mnożymy legendy o lataniu , nieznane ptakom, oderwanie się od podłogi wywołujące lęk zasadny animal rationale. Tak, byłem wdzięczny historii za możliwość uczestnictwa w tej grze.

Wychodzę. Opuszczam. Nadmiernie wrażliwy snuję roszczenie o niemożliwości skrajnego nihilizmu w naszej post nowoczesności. Architektura nie pomaga mi w utrzymaniu tego mniemania. Z prostej przyczyny. Chowając się przed deszczem, pełen wrażeń z elektrowni zachodzę w sąsiadującym Southwark do małego sklepiku w kamienicy. Gdy krople nie biją już mocno dociera do świadomości pułapka sytuacyjna w jakiej się znalazłem. Wystarczy spojrzeć w górę, ta potężna iglica mieniąca się najwyższą w Europie. Sztylet który przeciął chmury, wywołał deszcz, moją ciszę. Nie pasuje tutaj , do tych wszystkich ledwo słyszalnych opowieści zamkniętych w starych murach. Przygniata tak mocno, że nie jesteśmy świadomi jego ogromu. Jest wyższy od muru floydów. Dowód czasu kryzysu w którego pobliżu w dobrym tonie jest być krawatologiem uśmiechniętym od ucha do ucha, zniesmaczonym nagabywaniem długowłosych rzeczników praw Mokrych od Deszczu, wolontariuszy Amnesty International dobierających się bezczelnie do zasobów ukrytych w karcie kredytowej. Zapędziłem się. Wstęp do nihilizmu już przerobiony.

Kilka dni później na jednym z murali serii „Black on Maroon” Rothki pojawia się napis: „Vladimir Umanets ’12, A potential piece of yellowism” (Vladimir Umanets ’12, Potencjalny przykład yellowizmu).

Istotę „yellowizmu”, koncepcji ufundowanej przez Włodzimierza Umańca i Marcina Łodygę można przedstawić w skrócie tak:

мYellowizm” nie jest sztuką i nie jest anty – sztuką. Wszystkie dzieła sztuki umieszczone w „komorze yellowistycznej” redukują się do koloru żółtego.

Dla fundatorów „(…) obecność yellowizmu w kulturze niszczy sztukę współczesną i stawią ją do góry nogami. Fakt, że istnieje yellowizm powoduje, że sztuka współczesna traci grunt pod nogami.”

Pozwolę sobie przeprowadzić wywiad z Włodzimierzem Umańcem w „komorze yellowistycznej” który nigdy nie miał miejsca w rzeczywistości. Prosi się czytelnika o uzupełnienie odpowiedzi rozmówcy podług uznania:

Noil Branc: Rozmawiamy w komorze yellowistycznej. Czy mogę pozwolić sobie na zredukowanie nas, naszej dyskusji , naszej pamięci do żółci?

Włodzimierz Umaniec:

NB: Czy żółć jest kolorem przypadkowym?

WU:

NB: Podobnie stwierdzenie „jest prawdą, że nie ma prawdy”, zgodzisz się?

WU:

NB: Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem. Może mam złe wyobrażenie, żądałem zbyt wiele od sztuki obarczając odpowiedzialnością artystę. Czy mogę myśleć, że akt yellowistyczny unicestwia wszystkie możliwości?

WU:

NB: Na waszym blogu widnieje jeden z wyborów, czarny sportowy Mercedes

WU:

NB: W końcu to nie jest sikanie do pisuaru Duchampa

WU:

NB: Zasłyszałem złośliwe opinie, że „to hipokryzja z potwierdzoną copyrightem autentycznością pod manifestem” na waszym blogu i „daliście upust wyłącznie żądzy sławy, prostactwo które stać co najwyżej na doczytanie definicji futuryzmu w Wikipedii”

WU:

NB: Przyznaję, że udało wam się wyprowadzić mnie z równowagi. Na wieść o podpisaniu dzieła Rothki zareagowałem emocjonalnie pisząc na żółtym tle „Yellowism is bullshit”. Czy właśnie o to chodziło? Czy jutro rano mogę założyć ociekający krwią krawat z wieprzowego ozora?

WU:

NB: Kusi eksperyment myślowy przy okazji przyznając się do pewnej sprawy. Kilka lat wcześniej, kiedy zapędy anarchistyczne miały jeszcze jakąś moc, wspólnie z przyjacielem opracowywaliśmy koncepcję wirtualnej galerii dzieł konceptualnych. Zmyślone nazwiska artystów, zmyślone dzieła. Ich konstrukcja zabierała niewiele czasu, po kilka sztuk dziennie z dorabianiem odpowiedniej, płaskiej ideologii. Kusiło zaproszenie znakomitości ze świata artystów i kuratorów na otwarcie, oczywiście zakrapiane winem. Zaproszenie na trawiastą polanę. Ostatecznie nie doprowadziliśmy do jej realizacji.

WU:

NB: Zgoda, nietrafne porównanie, zbiliście z tropu. Co dalej? Macie jakiś konkretny plan?

WU:

NB: Dziękuję za rozmowę.

WU:

Nic się nie wydarza, nic się nie wydarzyło …

yellowism


Tekst ukazał się w „eleWatorze” nr 2 (2/2012) październik/grudzień

Zwykły wpis
riots in hackney
obyczaje, Publikacje, sport

Artyści Ulicy w Teatrze Telewizji

W izolowanej przestrzeni Saatchi Gallery mijam owinięte wokół słupów samochody, niepogodzone ze swoją cielesnością manekiny wijące się w seksualnym tańcu i ucho Beethovena. Przedmioty nieme geometrycznie zmuszają mnie do odwiedzin ulubionego pomieszczenia. Wchodzę w zmienne wymiary sprawnego architekta, Richarda Wilsona. Przestrzeń w której mieszkam przestaje być oczywista. Zaniepokojony brakiem podłogi, kuszony do skoku przygotowaną rampą, zapominam na chwilę o nieoczekiwanym przedstawieniu na które wszyscy czekamy, akt pierwszy artystów ulicy. Dyskomfort wzmocniony zapachem oleju z pomieszczenia utrzyma się długo, w drodze powrotnej gdy będę mijał na Sloan Street pamięć kolonialną, angielskie i włoskie dzieła inżynierii motoryzacyjnej okraszone gdzieniegdzie ptasimi niespodziankami oraz pokojówki z Bond Street.

… wiedziony miłością kłaniam się przed krzyżem świętego Jerzego.

Na szczęście jestem uprawniony do osądu z pozycji chłodnego obserwatora. Wychowało mnie miasto usypiających trzynastu muz w którym autor „Eine kleine” może z najwyżej położonej restauracji ukazać przyjezdnym morze Bałtyckie. Konglomerat naleciałości dzięki któremu mogę wybierać sposoby istnienia potrzebne do solidnego zaczepienia w rzeczywistości nieudanego eksperymentu multikulturowego, „nieunikniona modalność widzialnego”.

… na twoje podobieństwo, ulepiony z gliny, wesz , upodli się jak Dedalus w Paryżu.

Dzisiaj teraz stanie się tutaj. Spotkam wieczorem polskich przyjaciół, przy kolacji oglądając wiadomości i podziwiać będziemy przedstawienie Teatru Telewizji. Natchniony pokojem Wilsona wielopoziomuję z konieczności. Od buntu przeciw XIX wiecznej poprawności podróży romantycznych artysta wybiera swój sposób postrzegania jako obiekt analizy i kpiny. Robi to świadomie, z uprzedzenia przed minionym. Powstaje kpina dadaistyczna, surrealizm , doświadczenia wojny z kubizmem , teatr Grotowskiego, Fluxus wreszcie zgnilizna Hirsta niemal zawsze w opozycji do ładunku emocjonalnego sztuki masowej.

… pijany Angus Barnett pamięta opowieści o dywizjonie 303. Opowieść w kołyszącym się autobusie. Udaję, że śpię. Uzurpacja.

Kolega, przy kolacji, z pasją komentuje widziane na ekranie telewizora płonące kamienice na Tottenhamie twierdząc, że „riots nie uradzili by kibicom Legii Warszawa”. Z szacunkiem do czasów „kwiatów nie mających mocy” ruszenie społeczne możliwe było na wielu poziomach aktywności, rzucano kamieniami w uniwersytet burząc dotychczasowy porządek wykładu. Napięcie i konsternacja, szyby wystawowe i kraty pękają pod naporem poprawności politycznej, płoną następne budynki, sklepikarze liczą straty – Croydon, Enfield, po kolei. Przed nami jawi się szokujący w pierwszej chwili spektakl samo-stwarzających się artystów ulicy, teatr finansowany publicznie. Aktorzy są pseudo anonimowi, podług umowy społecznej są systematycznie portretowani tak, by jutro w porannej gazecie można było ich podziwiać.

… chodnik przy Gloucester Place nieopodal świętego Cypriana, wyżłobione od łez piwnicznych prostytutek znaki.

Burmistrz mistrzowsko spóźnia się na przedstawienie stając się jednym z aktorów. Musi uprzątnąć scenę przed igrzyskami olimpijskimi. Ogród sztuk współczesnych przez swoją semantykę w klasycznym sensie nic nie znaczy, odziera sferę psychiczną z właściwych jej sposobów przeżywania. Zamiast udoskonalonych pejzaży zaglądamy bezczelnie w matematyczne wzory, modele opisowe, teorie koloru i dźwięku. Młody artysta ulicy staje po przeciwnej stronie, buntuje się przeciw treści i cenie dzieła sztuki współczesnej, zaczyna wygrywać statystycznie. Wreszcie sam staje się dziełem sztuki. Jako aktor nowego teatru nie musi martwić się o jakość pytań sztuk konkurencyjnych a ja jako drugi pomocniczy młody reżyser hipokryta, już zsekularyzowany i pretendujący do dojrzałego cynizmu, o jej koszta społeczne.

… to on legetai pollahos, kołysany wyciągam dwa pensy z kieszeni, tańczy moneta między palcami. Nieopodal bramy China Town, nie warto było fotografować tej sceny, pęka szyba w restauracji od miłosnego uścisku transwestytów.

Moja faktyczna partycypacja w życiu kulturalnym mieści się w granicach błędu statystycznego, modus operandi w świecie obiektów banalnych mierzone licznością pustych puszek po piwie np. browarów poznańskich w okolicznych parkach .

Cień „How it is” nadal się utrzymuje w Hali Turbin i na szczęście tam pozostanie, a tym bardziej rozmowy przy Finchley Road …

P.S.

Na łamach brytyjskiego „Dziennika Polskiego” jawi się zdanie „Jak tłumaczy kurator wystawy ważne jest, by w tym wielkim mieście nie zatracić siebie, bo bycie londyńczykiem to przede wszystkim przywilej bycia sobą. Nikt nie zwraca tu uwagi na kolor skóry, narodowość, pochodzenie, bo błądząc w labiryncie monarchii brytyjskiej wszyscy mamy takie same szanse.” opisujące wystawę zbiorową „Londoners” Zrzeszenia Polskich Artystów Plastyków w Wielkiej Brytanii (APA).

… ważne jest, by nie zatracić siebie obcując z tą wspaniałą, porażającą swoim malowniczym charakterem panną lekkich obyczajów. Bywa tak, że kocha się ją bezgranicznie. Bycie jej kochankiem to przywilej walki o siebie, nieskończony dialog z jej humorami, tym bardziej, że jest wybredna. Błądząca ladacznica w odmętach resentymentów postkolonialnych. Niemal każdy, bez względu na kolor skóry i uposażony w odpowiedni potencjał wytwórczy może nabyć pampersy w Union Jacka.

Noil Branc / Londyn


Tekst ukazał się na łamach „eleWatora” nr 1 (1/2012) lipiec/wrzesień

Zwykły wpis