obyczaje, sport, zdrowie i uroda

Memento mori

Chodziliśmy

na „doły”. Nasz plac zabaw przed cmentarzem. To droga wozów pancernych, nitka dziecięcej radości rozciągnięta między koszarami a poligonem. Nasze domostwa dzieliło od cmentarza i „dołów” zaledwie kilkadziesiąt metrów. Wyczekiwało się dochodzącego z oddali dźwięku wszystko żrących dieslów; zawsze przygotowani na bieg, na spotkanie. By pomachać radośnie haubicy samobieżnej Goździka, jakiemuś T55 tudzież SKOT-owi. Po każdorazowym przejeździe budowano prowizoryczne mosty z kartonów, desek, czegokolwiek co wpadło w ręce by móc dotrzeć do cmentarza przedzierając się przez bagno o specyficznym, po dziś dzień przyjemnym zapachu. Nasze bagno, mieszanina ziemi i smaru, gąsienicami mielonych treści. Często mosty były budowane przez leciwe kobiety. My też je budowaliśmy razem z dziewczynami by dotrzeć do jednej z najciekawszych atrakcji – zaniedbanej części cmentarza, prawdziwego buszu, gaju małpiego. Tam strzelaliśmy do siebie z drewnianych karabinów, łuków i nie daj boziu z kuszy. Bóg też miał w tym udział przypominający o sobie z nieopodal wznoszącej się wieży kościoła ciężarem sumienia za przewiny, te wszystkie złe myśli. Małpiego gaju już tam nie ma tak jak granitowych płyt niemieckich grobów po których obrastał. Płyt na których siadaliśmy, grobów w których przed wrogiem się chowaliśmy…

***

A jednak trochę brakuje mi tych leciwych kobiet w autobusie. W autobusie przeznaczonym dla nich którego trasa wiodła zawsze do cmentarza. Był nimi niemal całkowicie opanowany, tymi dyskusjami o sprawach najważniejszych, unoszącymi się w autobusowej atmosferze obcesowymi pytaniami w stylu „gdzie jedzie?”, „gdzie kupiła?”, itd. Tutaj ich nie ma ponieważ autobusy są zawsze czerwone, często piętrowe i jeszcze nigdy nie przejechały obok cmentarza. To ma swoje wady, w świecie śmierci wypartej przez odkurzacze psujące się co miesiąc, już niemożliwe do naprawy …

Zwykły wpis
obyczaje

Katolicka fala prawdopodobieństwa

Katolicki

filozof przyrody , z powołania żyjący w celibacie, malowniczo informuje studentów filozofii o istnieniu cegiełek materii, kwarków (etymologicznie nazwa pochodząca od cytatu z „Finneganów trenu” naszego kurewskiego Joyce’a ) przedstawianych jako kolorowe ludziki trzymające się za rączki, zapewne zrodzone na mocy Wielkiego Projektu.
Rzecz oczywiście dotyczyła fal prawdopodobieństwa podlegających statystyce Fermiego-Diraca w oddziaływaniach silnych, obdarzonych kolorowym analogiem ładunku elektrycznego , uwikłanych w fundamentalną zasadę swobody asymptotycznej. Wspomnienie z czasów studenckich, przywołane pod wpływem lektury artykułu „Dlaczego polscy logicy mają być niewolnikami teologów katolickich?” ( który linkuję poniżej) autorstwa „chodzącego skandalu obyczajowego” , spadkobiercy Szkoły Lwowsko-Warszawskiej. Polecam do przemyślenia samemu mając wątpliwości, np. w kwestii zawierzania „wolnemu rynkowi idei”, boć presja selekcyjna na tzw. ‚wolnym rynku’ nie jest wolna od hochsztaplerstwa:

Dlaczego polscy logicy mają być niewolnikami teologów katolickich?

Zwykły wpis