Grafika „Kwiaty w ogrodzie”, Anonim 01, 2013
obyczaje, Publikacje, sport

Hucpa?

Monika Małkowska na łamach „Rzeczpospolitej” czepia się pisząc, że kto na grząskim terenie sztuki „(…) jeszcze pozostał i ma jakiekolwiek kreacyjne potrzeby tudzież trzeźwą ocenę sytuacji, ucieka w ironię (…)” ponieważ najwyraźniej nie jest kompetentna w dziedzinie nowoczesnej alchemii.

Mimo mojego sceptycyzmu ufundowanego uwikłaniem w nauki ścisłe (Rosjanie na przykład są mistrzami w kreowaniu pierwiastków ciężkich rozszerzając tablice Mendelejewa, co prawda kreują nietrwałe „wyspy stabilności” no ale jednak starają się ) wiem, że istnieją ludzie na planecie Ziemia którzy mają zdolność przemiany w złoto („złoto” to pierwiastek chemiczny, metal przejściowy o liczbie atomowej 79 ) wszystkiego, czego się dotkną. Jednym z takich alchemików ekonomicznych jest jegomość imieniem Charles. Ma zwyczaj dotykać wybrane przez siebie dzieła wybranych przez siebie artystów. Przeważnie artyści, których dzieła są dotykane są zadowoleni ponieważ lubią „złoto” i cieszą się, jak coś skapnie z przemiany. Pozostali przeważnie płoną w zgryzotach, piszą paszkwile na portalach społecznościowych oraz komentują (nie obrażając znikomego udziału tych , którzy milczą i na przykład zwyczajnie malują obrazy). Komentują i komentują. Mniejsza. Rzecz w tym , że istnieją też alchemicy pretendujący. Jest na przykład Kuba, który u Charlesa może nie od razu w złoto (przed „złotem” jako metal przejściowy występuje „rtęć” z liczbą atomową 80 ) no ale. Chęci są i na pewno coś z tego wyniknie. Żeby nieco rozjaśnić tajniki nowoczesnej alchemii przeniesiemy się nieco w czasie …

Grafika „WF 02”, Anonim 02, GIMP G-Qbist plugin, 2013

Grafika „WF 02”, Anonim 02, GIMP G-Qbist plugin, 2013

*

Polish Artists Again!

Trwająca bezprecedensowa wystawa „Polish Artists Again!” dwunastu anonimowych artystów połączona z retrospektywą arcydzieł Andrzeja Cisowskiego, Agaty Kleczkowskiej czy Szymona Urbańskiego w Warszawskiej Galerii Saatchi już staje się legendarna. Jest nie tylko potwierdzeniem ciągłości polskiej sztuki w Polsce ale również dowodem słuszności. Wystawa odbyła się w wydzierżawionych salach Pałacu, który znaczy o łącznej powierzchni wystawienniczej które następnie zostały sprzedane zarządowi Pałacu, który znaczy dzięki czemu opłacane są miesięczne odsetki. Motywem przewodnim tutaj wykorzystanym na plakacie wystawy jest seria obrazów anonimowego artysty będąca kopią serii „Kolekcja” Marka Niemirskiego, przedstawiająca odciski palców nieobecnych z przyczyn naturalnych klasyków. Ta chwalebna kontynuacja „Fifteen Polish Painters” nowojorskiej Museum of Modern Art z 1961 roku oraz „Polish Art Now” londyńskiej Saatchi Gallery (przed przejęciem przez dom aukcyjny Abbey House) z 2013 roku możliwa była dzięki wydajnemu systemowi zarządzania zasobami ludzkimi które generują dzieła sztuki w tempie wykładniczym. Polega on na stymulowaniu artystów do twórczości przez zapewnienie im odpowiednich warunków żywieniowych w cyklu miesięcznym do momentu wyczerpania zasobu czyli tak zwanej „strategii kapitalnego lokowania”. Zasób ma pod pewnymi obostrzeniami strategicznymi zapewnione również pojawianie się w przestrzeni publicznej jako osoba sławna w kontekście sztuki. Niewyobrażalny sukces aktualnej wystawy był również możliwy dzięki zaangażowaniu znamienitych selekcjonerów klubów z Chelsea którzy przechodząc kilkugodzinne szkolenie metodą szybkiego czytania z historii sztuki Polskiej pod kuratelę biorą predestynowanych do sławy artystów.

Należy wspomnieć, że połączenie wszystkich elementów strategii dobrej inwestycji dwudziestokrotnie opisywane w periodykach ekonomicznych winduje znaczenie polskich zasobów na rynkach kapitałowych i wprowadza realne możliwości otwarcia na nowe spojrzenie na przykład z nowymi jakościowo derywatami, instrumentami pochodnymi i tak w kółko Macieju.

Grafika „Kwiaty w ogrodzie”, Anonim 01, 2013

Grafika „Kwiaty w ogrodzie”, Anonim 01, 2013

*

Krytyka krytyki

Oczywiście nie obeszło się bez incydentów. Jak zwykle siłą nacisku okazała się znana wszystkim grupa interesów która tym razem poddawała w wątpliwość jakość wystawianych dzieł oraz wytykała stosowanie rozmytych metod ich oceny przez selekcjonerów – kuratorów (podobne akty wandalizmu biznesowo – artystycznego miały miejsce przy okazji wystawy „Polish Art Now”w 2013 roku w formie artykułów na łamach „Obiegu” czy „Tygodnika Powszechnego”). Ciężko oprzeć się wrażeniu, że artykuły krytyczne były już przygotowane przed wystawą. Mimo zabezpieczeń przedprocesowych i rozbudowanego systemu cenzury doszło do przecieku. Tego typu zdarzenia mają fatalny wpływ na samopoczucie artystów i stało się przyczynkiem do odebrania im nazwisk przez zarząd. Po „Wielkim Kryzysie Światowym” z którego wyszliśmy obronną ręką opasając kraj wstawiennictwem Opatrzności, gdy naśmiewano się z nas nazywając nie tyle „kolosem na glinianych nogach” co …

Noir Blanc

Rzeczpospolita, 2058 r

Tekst ukazał się w numerze 5 (3/2013) „eleWatora”

Zwykły wpis
Ofelia z Czarnego Dunajca
obyczaje, Publikacje, sport

Dodekafonia

*

The Method / Studio Voltaire

Clapham. Nie można oprzeć się wrażeniu, że powstało na uboczu City by syntetyzować treści. Paulina Ołowska z godną sobie słabością do minionej awangardy syntetyzuje w lokalnym, opuszczonym przez kaznodzieję kościele metodystów adoptowanym przez Studio Voltaire. Komponuje w dwóch pomieszczeniach własne kolaże i instalację z dziełami Hasiora, Wieczorkiewicza, Schauflera oraz wierszem Pusłowskiego „Kabina kąpielowa”. Mistrzowsko zdecentralizowane rozmieszczenie w przestrzeni wymusza korespondencję wszystkich twórców. Uderzająca odmienność ich dzieł,  od cepelii po niedbałe kolaże włączając charakter pomieszczenia w którym się znajdują. Czym jest mise-en-scène w rękach sprawnej poszukiwaczki Ołowskiej? Londyn wita pierwszy raz „Damę z Łasiczką”, ale tą tatrzańską, bałaganiarską która patrzy tym razem po przekątnej galerii na  olej Schauflera „U.A. VI”, kipiel stwarzania, emanacji rozmytego tutaj pojęcia „energii”. Obcując z kolażami autorki powierzchownego bałaganu „metody”,  biorę w nawias swoje poczucie estetyki oddając jej uśmiech. Ta romantyczna chęć zmieniania świata kosztem miejsca i czasu, kosztem narzędzi, dyspozycji …

Studio Voltaire

Studio Voltaire

 *

Across Realities / Tate Modern

Odwracam chronologię. „Wiemy już obecnie, że sztuczne systemy są możliwe. Dowody w naszej erze dostarczyła choćby dodekafonia. Nie stworzyły jej przecież całe pokolenia, nie narastała anonimowo poprzez stulecia na wzór systemu tonalnego. Objawiła się Schönbergowi dość nagle i to w formie teoretycznego wymysłu o wszelkich znamionach absurdu.” Tą zwielokrotnioną montażem filmowym kwestię można było usłyszeć w filmie „Bezdech” Wojciecha Bruszewskiego, emitowanego w Tate Modern z inicjatywy Łukasza Mojsaka, kuratora Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Bruszewski, prekursor sztuki wideo w Polsce konfrontowany jest z twórcami brytyjskimi.

*

Synteza

Nie można oprzeć się wrażeniu, że Paulina Ołowska z godną sobie słabością do minionej awangardy syntetyzuje kipiel stwarzania, dowody w naszej erze opuszczenia przez kaznodzieję. Wiemy już obecnie, że sztuczne systemy są możliwe. Mistrzowsko zdecentralizowane rozmieszczenie w przestrzeni, metodyczny „bałagan” dostarcza choćby w formie teoretycznego wymysłu poczucie estetyki kosztem narzędzi. Ta romantyczna chęć wymuszania korespondencji o wszelkich znamionach absurdu  z kolażami autorki rozmywa tutaj pojęcie „energii”. Adoptowana kabina kąpielowa wita pierwszy raz, kosztem miejsca i czasu, teoretyczny wymysł o znamionach absurdu. „Dama z Łasiczką” Hasiora stwarzana anonimowo przez całe pokolenia niedbale włączając charakter  pokolenia objawia zwielokrotnienie Ołowskiej. Dowody dostarczyła choćby dodekafonia, emanacja rozmytej chęci zmieniania dyspozycji, zwielokrotniania kosztów emisji pokolenia. Z dziełami Mojsaka, włączając kolaże, koresponduje sprawnie bezdech Hasiora. Cepelia.

Na wzór systemu tonalnego, razem po przekątnej galerii biorę w nawias swoje poczucie sensu.

*

Tekst ukazał się w numerze 4 (2/2013) „eleWatora”

Zwykły wpis
obyczaje, Publikacje

Błąd von Neumanna

Bohm_trajektorie

Czy można pozwolić sobie na ocenę obecnej rzeczywistości jako procesu permanentnej dehumanizacji, procesu wieszczonego co najmniej od początku XX wieku? Przejawiającego się w odejściu od człowieka w stronę przedmiotu w sztuce. W czasach nowego typu komunikacji, systematycznie krytykowanej za wirtualizację kontaktu międzyludzkiego, generowania protezy naturalnie pojętej bliskości drugiego człowieka w mediach nowoczesnych takich jak portale społecznościowe. W czasach wojny nowego typu gdzie siły ścierają się dyplomacją wirtualną, cyfrową, gdzie tragedia gazowanych ludzi ze statusu zbrodni przeciwko ludzkości schodzi na poziom swoistego regulatora sił o zasięgu globalnym a w świecie zachodnim już jest niemal programem telewizyjnym. W czasach wyjątkowego statystycznie, zauważalnego milczenia intelektualistów. W czasach postępującej sekularyzacji kultury zachodniej, odrywanej stopniowo od tradycji chrześcijańskiej. Sądzę, że takiej pewności mieć nie można kierując uwagę w mechanizmy o których wspomniałem wyżej jako ukrytych, maskowanych jakościowo szansach dla humanizmu. Zdając sprawę z moich ograniczonych kompetencji oraz ogromu możliwości przekraczających ramy tego tekstu chcę skupić uwagę na wybranym trendzie myślowym właściwym miejscu w jakim przyszło mi żyć. Trendzie, który wydaje się być coraz bardziej widoczny w swoim wpływie na wszelkiego typu środowiska twórcze, od akademickich po artystyczne.

Posłużę się przykładem. W roku 2011 Mieszkająca i pracująca w Londynie artystka multidyscyplinarna, performerka Kasia Molga wraz z Brendanem Oliverem generuje widowisko interaktywne „THE . . .” będące próbą odpowiedzi na pytanie, czy generując najczęściej powierzchowne treści w postaci postów na Facebooku i Twitterze społeczność użytkowników ma wzajemną możliwość generowania nowych jakościowo treści myślowych. Czy nasz „strumień świadomości” w interakcji z portalami społecznościowymi powstaje wyłącznie pod presją zastanych postów użytkowników? Pytania dyskusyjne biorąc pod uwagę różne szkoły epistemologiczne, ale autorzy starają się eksperymentować przekraczając granicę przestrzeni odpowiedniej dla portali społecznościowych dopuszczając widzów do interakcji z „postami” wyświetlanymi na ekranie włącznie z możliwością ich rozmieszczenia w przestrzeni. Interesującą nas tutaj osią myślową jest inspiracja Kasi Molgi koncepcją Davida Bohma o „początkach myśli”.

Trochę inny początek

Od czasów Nielsa Bohra, przelewającej się na wszystkie dziedziny życia człowieka rewolucji myślowej, dogmatyzuje się teza o zaprzeczeniu realnego istnienia rzeczywistości fizycznej niejako z konieczności samej natury mechaniki kwantowej. Rzecz w pojęciu superpozycji stanu kwantowego, fundamencie teoretycznych i empirycznych odkryć po dzień dzisiejszy. Superpozycja stanu, ten nieznośny chochlik którego status ontologiczny jest dyskusyjny po dziś dzień. Nie chcąc wbijać się w szczegół teorii fizycznej wspominam tylko o nieintuicyjnej konsekwencji. Traktowaniu prawdopodobieństwa jako podstawy istnienia rzeczywistości fizycznej. Bronię stwierdzenia, że ten niepokój ontologiczny miał prawo eksponować niemal na każdą dziedzinę życia decydując choćby o takich sprawach jak zabezpieczenie energetyczne ludzkości.

Ale gdzieś po drodze pojawia się wyłom w dogmacie interpretacji kopenhaskiej mechaniki kwantowej o którym mowa wyżej.

W roku 1961 w Londyńskim Birkbeck College otrzymuje posadę David Bohm. Wygnany z Princeton University za sprawą oskarżenia o kolaborację z komunistami. Oskarżał kolega po fachu, „ojciec bomby atomowej” Robert Oppenheimer. Mimo oczyszczenia z zarzutów pozostaje w Londynie do swojej śmierci w roku 1991 (umiera w taksówce zmęczony pogłębiającą się depresją, dostaje ataku serca).

Powstaje teoria odmienna, nieprobabilistyczna, w pełni deterministyczna. Kartezjańskie marzenie które kłóci się ze stwierdzeniem Johna von Neumanna, że każda deterministyczna teoria kwantów jest niemożliwa. Poprawna w teorii i zweryfikowana empirycznie mechanika kwantów Davida Bohma niesie ze sobą nowe konsekwencje. Podstawową jest nielokalność objawiająca się uznaniem faktu, że nie istnieje przypadek w interakcjach cząstek elementarnych i wszystko we Wszechświecie ma na siebie wpływ bezpośredni bez względu na odległość. Moja myśl rozumiana jako układ kwantowych cząstek ma wpływ bezpośredni na twoją Czytelniku, i wzajemnie. Teoria nielubiana, ponieważ konsekwentnie zakłada jako zasadę fizyczną „niewiedzę”, parametry ukryte przed badaczem – obserwatorem. Nie mogę przewidzieć swojej, społeczeństwa, Słońca czy Drogi Mlecznej interakcji ze sobą wzajemnie. Jestem skazany na niewiedzę całkowicie deterministycznie. Dla tego ciężka do przyjęcia została niemal na 20 lat zapomniana w środowisku fizyków. Tymczasem Bohm działając z takimi postaciami jak Jiddu Krishnamurti czy Martin Buber zaczyna oddziaływać poza interpretacjami fizycznymi. Pod jego wpływem pozostają różne postacie kultury jak choćby Charles Biederman z którym intensywnie koresponduje.

Człowiek Bohma wraca do świata niemal tak jak chciał tego Nietzsche u boku Dionizosa i Apollina. Jest jego częścią w sposób starożytnego greka, uwikłany w ciągły proces stawania się i śmierci bez możliwości poznania wszystkich mieszkańców Olimpu. Bohm zaczyna naiwnie żądać miłości bliźniego przez zmianę sposobu myślenia w pełnym dialogu, dywergencji. Miało by powstać społeczeństwo Światowe bliskie ideom socjalistycznym, „nowy porządek” dotychczas ukryty …

… no cóż. Słabością do teorii sformalizowanych być może naiwnie, sen odrobinę spokojniejszy.

Tekst ukazał się w „eleWatorze” nr 6 (4/2013) październik/grudzień

Zwykły wpis
Judith Bernstein "Rising", fot. Melissa Budasz - Studio Voltaire London
obyczaje, Publikacje

Praprzyczyna rozmaitości

Oprócz spodziewanej widowni na wernisażu pojawia się rodzina, matka i ojciec z dwójką nastoletnich dzieci. Na twarzy chłopaka maluje się ledwo widoczny uśmiech, jakby wyćwiczony dobrą manierą gdy słyszy odpowiedź matki na pytanie młodszej siostry „co to jest mamo?”. „To są penisy” odpowiada mama.

Kobieta na świecie …

umiera co dwie minuty w trakcie ciąży lub porodu.*

Raz kolejny rzecz dzieje się w adoptowanej na przestrzeń wystawienniczą galerii Studio Voltaire kaplicy wiktoriańskiej w dzielnicy Londynu Clapham. Miejsce dawniej zajęte przez ołtarz zdobione jest płótnem zawierającym ekspresywne wyobrażenie przyczyny Wielkiego Wybuchu, rozszerzającego się Wszechświata malowane fluorescencyjną farbą – „Active Cunt”. Wagina, praprzyczyna rozmaitości, różnicowania w czasie i przestrzeni. Ścierania się przeciwieństw, wojny. Jest atakowana fallusami. Boczne ściany kaplicy zdobi seria sześciu płócien z rysowanymi węglem gwintowanymi wkręto – fallusami, wielkich rozmiarów penisami ukształtowanymi na wzór śrub których serię autorka Judith Bernstein, nowojorska malarka – aktywistka feministyczna, dawna członkini Guerilla Girls, reformującej przestrzeń sztuki lat 70-tych Art Workers’ Coalition czy Fight Censorship Group, kontynuuje od końca lat 60-tych.

Ogółem jedno procentowo partycypuje we własności ziemskiej.

Jakkolwiek rozumieć konserwatywny punkt widzenia, sposób interpretacji, można rościć pretensje o granice sztuki. Gdzie zaczyna się kicz, semantyczne niechlujstwo ufundowane po części przez postmodernistyczne próby opisu rzeczywistości niejako „szyte na miarę” pod emancypacyjną reformę społecznopolityczną niektórych odłamów feminizmu, czy w reszcie przestrzeń aktualna w jakiej pojawia się dzieło. W przypadku Bernstein która w latach 70-tych odważnie krytykuje skrajne nierówności płciowe, tytułem przykładu obstawianie stanowisk profesorskich wyłącznie przez mężczyzn na ówczesnych uniwersytetach amerykańskich, jej twórczość wydaje się być całkowicie usprawiedliwiona. Jak sama stwierdza po moim dość niezręcznym komentarzu w dyskusji, że ten rodzaj komunikatu ma wartość historyczną ripostuje, że to jest forma dowcipu, ujęcie żartobliwe ponieważ ułatwia to wejście w relację z krytykowanym sposobem myślenia. I co najważniejsze będąc przyzwyczajonym do znacznej zmiany w świecie Zachodnim zapominamy o tym, co jest jeszcze do zrobienia w ogólnoświatowej perspektywie.

39 tysięcy nieletnich dziewcząt wchodzi w stan narzeczeństwa każdego dnia.

W wernisażu Judith Bernstein uczestniczę za namową Beaty Kozłowskiej, artystki młodego pokolenia rezydującej aktualnie w Studio Voltaire. Zaszczycony obecnością w pracowni niejako odnajduję na nowo rzeczy znalezione. Kozłowska deklarująca zaczepienie w dyskursie feministycznym magazynuje znaleziska jako tworzywo nowych kreacji. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że wykopaliska uwikłane są w porządek geometryczny, już niejako w samym procesie ich pozyskiwania daje się we znaki nieokreślony „ukryty porządek”. To bryły geometryczne, przeważnie drewniane elementy zużytych mebli, przedmioty dotychczas użytkowe. Już sam sposób ich składowania jest naznaczony dającą się zauważyć regularnością.

Jedna na trzy jest wykorzystywana seksualnie lub bita w swoim życiu.

Artystka niejako odwraca readymades w akcie twórczym porównując go do dziecięcej intuicji. „Nie wiem co z tego wyjdzie” mówi wskazując szkice geometryczne na papierze, intuicje wyjęte ze świata platońskich idei. W dyskusji ujawnia się sprzeczność – to co było punktem zaczepienia, dekonstrukcja, stopniowo ulega wydaje się nieuświadomionej wcześniej potrzebie poszukiwania niezmienników, „matematyki”. Rzeźba quasi-architektoniczna zaczyna zdradzać rodowód modernistyczny a „szkice intuicyjne” które zapowiadają nowe dzieła są już niejako uwikłane w jakąś nazwijmy to „przestrzeń unormowaną” którą artystka chce badać formalnie.

875 milionów jest analfabetkami.

To co uległo pozornej fragmentacji w procesie poszukiwania tożsamości za pomocą języka postmodernizmu niejako prosi się o świadomą aktualizację …

Beata Kozłowska, Asking- somnambulism (homage to Plato)

Beata Kozłowska, Asking- somnambulism (homage to Plato)

* Statystyka Oxfamu

Tekst ukazał się w „eleWatorze” nr 9 (3/2014) lipiec/wrzesień

Zwykły wpis
yellow Tate Modern
kitsch, obyczaje, Publikacje, sport

Nieistotna żółta sprawa

Zobowiązany ostatnimi wydarzeniami rezygnuję z optymizmu na rzecz sprawy nie-istotnej.

Jej geneza dla wielu wydaje się być nie godna poświęcenia czasu, banalna, przebrzmiała na wielu frontach akademickiej dyskusji. L’art pour l’art, być może, biorę w nawias kilka tygodni wcześniej wybierając się na planowane spotkanie z nieskończonością. Padał deszcz na szczęście. Jest dla mnie rodzajem ciszy. Nagrany i odtwarzany w słuchawkach umożliwia odseparowanie się w przestrzeni galerii od komentatorów, z konieczności intruzów. Tego dnia było to uzasadnione. Wnoszę zapach deszczu na swoim ubraniu, jedyny w swoim rodzaju, nieistniejący nigdzie indziej, wcześniej mi nie znany. Przyda się do przypominania rzeczywistości. Bywało, że spotkania z nieskończonością kończyły się szaleństwem. Krople przypominają „Continuum” Ligetiego, kap , kap , alef zero , kap , alef jeden , rodzą się przejawy nieskończoności. Znałem kilka choćby z badań nad liczbami kardynalnymi, teraz jest inaczej. Podług wytycznych malarza, muszę zachować odpowiednią odległość by przejść przez bramę. Niemal wodzić nosem po muralu. Rozwarstwiam się, znikam. Gdyby nie współtowarzysze z aparatami fotograficznymi! W romantycznych bajaniach mnożymy legendy o lataniu , nieznane ptakom, oderwanie się od podłogi wywołujące lęk zasadny animal rationale. Tak, byłem wdzięczny historii za możliwość uczestnictwa w tej grze.

Wychodzę. Opuszczam. Nadmiernie wrażliwy snuję roszczenie o niemożliwości skrajnego nihilizmu w naszej post nowoczesności. Architektura nie pomaga mi w utrzymaniu tego mniemania. Z prostej przyczyny. Chowając się przed deszczem, pełen wrażeń z elektrowni zachodzę w sąsiadującym Southwark do małego sklepiku w kamienicy. Gdy krople nie biją już mocno dociera do świadomości pułapka sytuacyjna w jakiej się znalazłem. Wystarczy spojrzeć w górę, ta potężna iglica mieniąca się najwyższą w Europie. Sztylet który przeciął chmury, wywołał deszcz, moją ciszę. Nie pasuje tutaj , do tych wszystkich ledwo słyszalnych opowieści zamkniętych w starych murach. Przygniata tak mocno, że nie jesteśmy świadomi jego ogromu. Jest wyższy od muru floydów. Dowód czasu kryzysu w którego pobliżu w dobrym tonie jest być krawatologiem uśmiechniętym od ucha do ucha, zniesmaczonym nagabywaniem długowłosych rzeczników praw Mokrych od Deszczu, wolontariuszy Amnesty International dobierających się bezczelnie do zasobów ukrytych w karcie kredytowej. Zapędziłem się. Wstęp do nihilizmu już przerobiony.

Kilka dni później na jednym z murali serii „Black on Maroon” Rothki pojawia się napis: „Vladimir Umanets ’12, A potential piece of yellowism” (Vladimir Umanets ’12, Potencjalny przykład yellowizmu).

Istotę „yellowizmu”, koncepcji ufundowanej przez Włodzimierza Umańca i Marcina Łodygę można przedstawić w skrócie tak:

мYellowizm” nie jest sztuką i nie jest anty – sztuką. Wszystkie dzieła sztuki umieszczone w „komorze yellowistycznej” redukują się do koloru żółtego.

Dla fundatorów „(…) obecność yellowizmu w kulturze niszczy sztukę współczesną i stawią ją do góry nogami. Fakt, że istnieje yellowizm powoduje, że sztuka współczesna traci grunt pod nogami.”

Pozwolę sobie przeprowadzić wywiad z Włodzimierzem Umańcem w „komorze yellowistycznej” który nigdy nie miał miejsca w rzeczywistości. Prosi się czytelnika o uzupełnienie odpowiedzi rozmówcy podług uznania:

Noil Branc: Rozmawiamy w komorze yellowistycznej. Czy mogę pozwolić sobie na zredukowanie nas, naszej dyskusji , naszej pamięci do żółci?

Włodzimierz Umaniec:

NB: Czy żółć jest kolorem przypadkowym?

WU:

NB: Podobnie stwierdzenie „jest prawdą, że nie ma prawdy”, zgodzisz się?

WU:

NB: Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem. Może mam złe wyobrażenie, żądałem zbyt wiele od sztuki obarczając odpowiedzialnością artystę. Czy mogę myśleć, że akt yellowistyczny unicestwia wszystkie możliwości?

WU:

NB: Na waszym blogu widnieje jeden z wyborów, czarny sportowy Mercedes

WU:

NB: W końcu to nie jest sikanie do pisuaru Duchampa

WU:

NB: Zasłyszałem złośliwe opinie, że „to hipokryzja z potwierdzoną copyrightem autentycznością pod manifestem” na waszym blogu i „daliście upust wyłącznie żądzy sławy, prostactwo które stać co najwyżej na doczytanie definicji futuryzmu w Wikipedii”

WU:

NB: Przyznaję, że udało wam się wyprowadzić mnie z równowagi. Na wieść o podpisaniu dzieła Rothki zareagowałem emocjonalnie pisząc na żółtym tle „Yellowism is bullshit”. Czy właśnie o to chodziło? Czy jutro rano mogę założyć ociekający krwią krawat z wieprzowego ozora?

WU:

NB: Kusi eksperyment myślowy przy okazji przyznając się do pewnej sprawy. Kilka lat wcześniej, kiedy zapędy anarchistyczne miały jeszcze jakąś moc, wspólnie z przyjacielem opracowywaliśmy koncepcję wirtualnej galerii dzieł konceptualnych. Zmyślone nazwiska artystów, zmyślone dzieła. Ich konstrukcja zabierała niewiele czasu, po kilka sztuk dziennie z dorabianiem odpowiedniej, płaskiej ideologii. Kusiło zaproszenie znakomitości ze świata artystów i kuratorów na otwarcie, oczywiście zakrapiane winem. Zaproszenie na trawiastą polanę. Ostatecznie nie doprowadziliśmy do jej realizacji.

WU:

NB: Zgoda, nietrafne porównanie, zbiliście z tropu. Co dalej? Macie jakiś konkretny plan?

WU:

NB: Dziękuję za rozmowę.

WU:

Nic się nie wydarza, nic się nie wydarzyło …

yellowism


Tekst ukazał się w „eleWatorze” nr 2 (2/2012) październik/grudzień

Zwykły wpis
riots in hackney
obyczaje, Publikacje, sport

Artyści Ulicy w Teatrze Telewizji

W izolowanej przestrzeni Saatchi Gallery mijam owinięte wokół słupów samochody, niepogodzone ze swoją cielesnością manekiny wijące się w seksualnym tańcu i ucho Beethovena. Przedmioty nieme geometrycznie zmuszają mnie do odwiedzin ulubionego pomieszczenia. Wchodzę w zmienne wymiary sprawnego architekta, Richarda Wilsona. Przestrzeń w której mieszkam przestaje być oczywista. Zaniepokojony brakiem podłogi, kuszony do skoku przygotowaną rampą, zapominam na chwilę o nieoczekiwanym przedstawieniu na które wszyscy czekamy, akt pierwszy artystów ulicy. Dyskomfort wzmocniony zapachem oleju z pomieszczenia utrzyma się długo, w drodze powrotnej gdy będę mijał na Sloan Street pamięć kolonialną, angielskie i włoskie dzieła inżynierii motoryzacyjnej okraszone gdzieniegdzie ptasimi niespodziankami oraz pokojówki z Bond Street.

… wiedziony miłością kłaniam się przed krzyżem świętego Jerzego.

Na szczęście jestem uprawniony do osądu z pozycji chłodnego obserwatora. Wychowało mnie miasto usypiających trzynastu muz w którym autor „Eine kleine” może z najwyżej położonej restauracji ukazać przyjezdnym morze Bałtyckie. Konglomerat naleciałości dzięki któremu mogę wybierać sposoby istnienia potrzebne do solidnego zaczepienia w rzeczywistości nieudanego eksperymentu multikulturowego, „nieunikniona modalność widzialnego”.

… na twoje podobieństwo, ulepiony z gliny, wesz , upodli się jak Dedalus w Paryżu.

Dzisiaj teraz stanie się tutaj. Spotkam wieczorem polskich przyjaciół, przy kolacji oglądając wiadomości i podziwiać będziemy przedstawienie Teatru Telewizji. Natchniony pokojem Wilsona wielopoziomuję z konieczności. Od buntu przeciw XIX wiecznej poprawności podróży romantycznych artysta wybiera swój sposób postrzegania jako obiekt analizy i kpiny. Robi to świadomie, z uprzedzenia przed minionym. Powstaje kpina dadaistyczna, surrealizm , doświadczenia wojny z kubizmem , teatr Grotowskiego, Fluxus wreszcie zgnilizna Hirsta niemal zawsze w opozycji do ładunku emocjonalnego sztuki masowej.

… pijany Angus Barnett pamięta opowieści o dywizjonie 303. Opowieść w kołyszącym się autobusie. Udaję, że śpię. Uzurpacja.

Kolega, przy kolacji, z pasją komentuje widziane na ekranie telewizora płonące kamienice na Tottenhamie twierdząc, że „riots nie uradzili by kibicom Legii Warszawa”. Z szacunkiem do czasów „kwiatów nie mających mocy” ruszenie społeczne możliwe było na wielu poziomach aktywności, rzucano kamieniami w uniwersytet burząc dotychczasowy porządek wykładu. Napięcie i konsternacja, szyby wystawowe i kraty pękają pod naporem poprawności politycznej, płoną następne budynki, sklepikarze liczą straty – Croydon, Enfield, po kolei. Przed nami jawi się szokujący w pierwszej chwili spektakl samo-stwarzających się artystów ulicy, teatr finansowany publicznie. Aktorzy są pseudo anonimowi, podług umowy społecznej są systematycznie portretowani tak, by jutro w porannej gazecie można było ich podziwiać.

… chodnik przy Gloucester Place nieopodal świętego Cypriana, wyżłobione od łez piwnicznych prostytutek znaki.

Burmistrz mistrzowsko spóźnia się na przedstawienie stając się jednym z aktorów. Musi uprzątnąć scenę przed igrzyskami olimpijskimi. Ogród sztuk współczesnych przez swoją semantykę w klasycznym sensie nic nie znaczy, odziera sferę psychiczną z właściwych jej sposobów przeżywania. Zamiast udoskonalonych pejzaży zaglądamy bezczelnie w matematyczne wzory, modele opisowe, teorie koloru i dźwięku. Młody artysta ulicy staje po przeciwnej stronie, buntuje się przeciw treści i cenie dzieła sztuki współczesnej, zaczyna wygrywać statystycznie. Wreszcie sam staje się dziełem sztuki. Jako aktor nowego teatru nie musi martwić się o jakość pytań sztuk konkurencyjnych a ja jako drugi pomocniczy młody reżyser hipokryta, już zsekularyzowany i pretendujący do dojrzałego cynizmu, o jej koszta społeczne.

… to on legetai pollahos, kołysany wyciągam dwa pensy z kieszeni, tańczy moneta między palcami. Nieopodal bramy China Town, nie warto było fotografować tej sceny, pęka szyba w restauracji od miłosnego uścisku transwestytów.

Moja faktyczna partycypacja w życiu kulturalnym mieści się w granicach błędu statystycznego, modus operandi w świecie obiektów banalnych mierzone licznością pustych puszek po piwie np. browarów poznańskich w okolicznych parkach .

Cień „How it is” nadal się utrzymuje w Hali Turbin i na szczęście tam pozostanie, a tym bardziej rozmowy przy Finchley Road …

P.S.

Na łamach brytyjskiego „Dziennika Polskiego” jawi się zdanie „Jak tłumaczy kurator wystawy ważne jest, by w tym wielkim mieście nie zatracić siebie, bo bycie londyńczykiem to przede wszystkim przywilej bycia sobą. Nikt nie zwraca tu uwagi na kolor skóry, narodowość, pochodzenie, bo błądząc w labiryncie monarchii brytyjskiej wszyscy mamy takie same szanse.” opisujące wystawę zbiorową „Londoners” Zrzeszenia Polskich Artystów Plastyków w Wielkiej Brytanii (APA).

… ważne jest, by nie zatracić siebie obcując z tą wspaniałą, porażającą swoim malowniczym charakterem panną lekkich obyczajów. Bywa tak, że kocha się ją bezgranicznie. Bycie jej kochankiem to przywilej walki o siebie, nieskończony dialog z jej humorami, tym bardziej, że jest wybredna. Błądząca ladacznica w odmętach resentymentów postkolonialnych. Niemal każdy, bez względu na kolor skóry i uposażony w odpowiedni potencjał wytwórczy może nabyć pampersy w Union Jacka.

Noil Branc / Londyn


Tekst ukazał się na łamach „eleWatora” nr 1 (1/2012) lipiec/wrzesień

Zwykły wpis
Dekompozycja nr 2 - Noil Branc
obyczaje, Publikacje

Rozszczepianie

2.30pm

Mile End Station. Cel podróży – spektakl bazujący na tekstach Osieckiej „Wariatka jeszcze tańczy” w POSK-u na Hammersmith. Umówieni w osobliwym miejscu na rozmowę, dysponujemy zaledwie czterdziestoma minutami. Papieros, zanim wąż pochłonie. Margot* komentuje pozytywnie mój kapelusz, parasol identyfikacyjny. Kilka performatywów dyskursu.

… cisza. Biuro znajduje się pół kilometra od meczetu. Na zewnątrz komentatorów loża. Loża papierośników, Serbów, Polaków, Rumunów, cholera wie kogo jeszcze. Zawsze na straży. Raz w tygodniu przynajmniej gwardziści Elżbiety tędy gonią swoje rumaki, czasem w pełnym rynsztunku. Telewizyjny niegdyś niepokój 9/11 nabiera smaku, opium. Tego nikt nie komentuje, gdzieniegdzie flesz, biuro zamiera. Skandują żałobnie, ugrzecznieni kordonem policji jak pielgrzymi w palmową niedzielę, „Bush morderca!”, „Ustąp zbrodniarzu!”. Znikają powoli. Słońce zalewa ulicę jakby ponownie. Już można komentować, choć jakoś nikomu nie przychodzi nic do głowy …

2.35pm

Wikłanie aktorów do polskiego projektu teatralnego okazało się obarczone odmowami. Stanęło na angażu zasadnym Kantorowi. Planowany przez Margot spektakl z założenia ma wychodzić również do anglojęzycznego odbiorcy. Role przeplatane polskimi wtrętami, budowanie mostu porozumienia. Padło to niepokojące pytanie o wkładany wysiłek w ‚promowanie’ polskości jakkolwiek to rozumieć, przez sztukę, Podkarpacie, wino i śpiew. Czy faktycznie oferta np. egzotycznych Chilijczyków, których mijamy bezwiednie, jest dla nas atrakcyjna.

… agora Leicester Square, jak zawsze wypełniona po brzegi. Kobieta prosi o portretowanie jej z koleżanką , jak wycieczkowicze, lokalsi opici herbatą. Dziwaczne, biorą mnie po akcencie za Walijczyka. Strzelam. W tle zabawiają mimowie z otwartymi kuferkami, ewangelista głosi Słowo, obserwatorzy przy wejściu do National Gallery, jest też grupa zaczepnych odmieńców. Niektórzy w maskach Guya Fawkesa rozdają jakieś niezrozumiałe ulotki, „STOP ACTA” …

Broomfield_Park2.45pm

Naprzeciw kilku obojętnych anglików, my rozmawiamy po polsku. Jawi się kontrast na mocy konieczności. Na twarzy Margot widnieje przeciw – grymas, jakieś chwilowe oderwanie od podłogi. Wspomina przyjaciół, uczestników londyńskiej imprezy Wielkiej Orkiestry Owsiaka, ich ucieczkę od rozkapryszonych, niekontaktowych młodych pod wpływem alkoholu. Wywyższanie się jakiegoś gościa – jegomościa majtającego przed oczami współuczestnikom legitymacją rządową.

… odwiedziny, ukochana Ojczyzna. Poszukiwanie całości. „Co wytrzymane w długim wahaniu, tu zostaje w zarysie zatrzymane jako wyznacznik rozbudowy.”* Za krótko, by nazywać siebie emigrantem. Popijaliśmy gównianą szkocką przy irlandzkich dźwiękach, jakby na siłę, gdzieś w Szczecińskiej piwnicy. Miał w klapie maskę Fawkesa. Wszechobecny, wszechogarniający spokój …

2.50pm

Ciągiem skojarzeń brniemy w gloria victis i fundowanie historyczne resentymentów narodowych. Dlaczego nie jesteśmy zainteresowani współistnieniem? Skłonnością do przesady, powodowany emocjami, obciążam historię brakiem presji cesarstwa wycieńczonego Kartaginą. Trochę za daleko, któż to wie? Niewygodna teza, zapominamy. Pada nazwisko Tani Bruguery i partycypacji w projektach dla „bezdomnych” w pojęciu kubańskiej artystki. Większość wyjechała po godność, ale raczej bez względu na ład, prawy, lewy czy środkowy, popadną w niełaskę i niepamięć …

… „Anonymous” grzebali mu w laptopie, jego myśli są wykradane od jakiegoś czasu przez towarzyszy podróży codziennych na pokładzie czerwonego piętrowca. Gapie. Tego wieczoru przegiął popijając piwem ćwiartkę The Famous Grouse. Nie powinien. Tak jak by to była jakaś powinność. Truty systematycznie przez najbliższą wylewa agresję, roszczenia pompowanego, rozszczepionego ego. Przekonuje glinę o konieczności zbadania laptopa , ten jednak wygłasza kazanie do najbliższej, że w zasadzie „po co on tutaj przyjechał?” Noc w izolatce Central Middlesex Hospital. Gest spokoju gdzieś nad ranem, wręczono herbatę, angielską z mlekiem. Choć przyjaciel nie gustuje, tym razem podobno była smaczna …

przypisy:

* Margot Przymierska, reżyserka i aktorka teatralna, inicjatorka oraz dyrektor PAiL „Polish Artist in London”, interdyscyplinarnej organizacji non-profit promującej polskich artystów w UK.

** Martin Heidegger, Przyczynki do filozofii.


Tekst ukazał się na łamach „eleWatora” nr 3 (1/2013) styczeń/marzec

Zwykły wpis