Globus Londynu
obyczaje, Publikacje, sport

Koncert Życzeń z Dorotą

Helena Kaut-Howson w roli reżysera przed rozpoczęciem spektaklu „Między nami dobrze jest” usprawiedliwia jego formę. Reprezentując Scenę Poetycką POSK-u* wspólnie z Polish Artist in London zapowiada próbę czytaną która włącznie z nietypowym jam session-owym charakterem sali Jazz Cafe POSK sprzyja interakcji z publicznością. Wydarzenie dwuczęściowe z przewidzianą dyskusją. Widownia wypełnia salę po brzegi zapowiadając emocje każdego pokolenia; są tutaj wszyscy, od polonijnej powojennej historii Londynu po młodą dorabiającą „emigrację”.

Kaut-Howson przywołuje myśl wypowiedzią kierowaną do publiczności „nie bójmy się Masłowskiej” z Wejherowa do Hammersmith, około tysiąc mil. Odległość staje się istotna w dyskusji po spektaklu okraszonym salwami śmiechu przemieszanymi z grobową ciszą przez pytanie, co ze sobą przywieźliśmy.

Miałem obawy wychodząc z domu. Z tym całym bagażem pretensji, że flirtuję ze skłonnością Doroty do tandety, że rzeka mainstreamu zahaczyła o mój kubraczek i przez nieuwagę dałem się ponieść. Że w końcu legitymizuję jakąś bezsensowną chryję, ferment ponieważ POSK zaniechał jakiejkolwiek formy współpracy z Wielką Orkiestrą z powieszeniem plakatu finału włącznie. Poza tym w mieście, które nie jest w mocy usnąć choćby na chwilę, nie ma możliwości spotkania czegoś nie wartego komentarza. Tytułem przykładu odwiedziny październikowe jednego z ważniejszych architektów mapy PRL-u, Jerzego „Jurry” Zielińskiego w londyńskiej przestrzeni wystawienniczej galerii Luxembourg & Dayan, retrospektywa słusznie przypominanego przez Krakowski „Zderzak” „dekoratora”.

A jednak zatrzymałem się w Hammersmith. W jednym z wielu tutejszych miejsc zderzania się modeli tożsamości, kotła tylko powierzchownie nieodróżnialnych od siebie składników. Bo tutaj jest nasza polska „ściana płaczu” powstała po otwarciu granic europejskich, której nie da się traktować wyłącznie w kategoriach swobodnego przepływu kapitału. Jak na warunki panujące w zupie można traktować sztukę Masłowskiej jako dzieło już naznaczone czasem a jednak aktualne. „Dziennik Polski” na Wyspach Brytyjskich przygotowuje potencjalną publiczność przed spektaklem tytułem „Między nami dobrze nie jest” autorstwa Elżbiety Sobolewskiej, a w artykule czytamy „(…) Być może Masłowska po prostu nie chce być już instrumentem przepoczwarzania umysłu Polaków i rugowania z ich duszy bogoojczyźnianych sentymentów. Może doszła do wniosku, że Polak pozostanie sobą tylko wówczas, gdy przestanie się wstydzić bagażu wojen, ran niezabliźnionych, Boga i jego Matki Madonny. Bo jeśli nie przestanie i wstydem swym się naje to wówczas dopiero stanie się hermafrodytą, który rzeczywiście nie wie, kim jest, a może go w ogóle nie ma.” Zaczynam się czuć nieswojo, jak nadęty balon który „miał obawy wychodząc z domu”, generalizator uprawniony do produkcji treści uogólnionych. No bo przecież wiadomo, że hermafrodyta pozostaje w rodzaju męskim a Masłowska nie ma zamiaru skręcać w żadną stronę, szczera w „niezawinionym nihilizmie” jak być może wynika z ostatniego wywiadu dla „Polityki”**. Jedna z młodych aktorek pod koniec dyskusji po spektaklu jest atakowana głosem starszego pokolenia dobiegającym z publiczności za stwierdzenie, że „czuje się europejką”. Czas wymownie jak zwykle nie pozwala dokończyć dyskusji. Z paradoksami żadna miara nieuporządkowania układu raczej nie poradzi sobie tak jak lekkich obyczajów panna statystyka która powiada, że niemały procent polskich emigrantów zagłosuje na uszczelniającą granice Zjednoczonego Królestwa UK Independence Party ziarno od plew oddzielając.

Wiem, to nieprofesjonalne. W trakcie spektaklu wysączyłem podwójną Whiskey. Miesiąc później na prośbę publiczności „próbę” przeprowadzono raz jeszcze. Zostawiając nadzieję, że zostanie coś na później zamykam się i nie ma mnie dla nikogo ponieważ będę bardzo zajęty projektowaniem globusu Londynu. A wiadomo, że im globus większy, tym bardziej dokładny …

Globus Londynu

Globus Londynu ( „Polish Shop” – Polski sklep tymczasowo omijany z uwagi na tak zwane „podlizaczki”, czyli krechę w zeszycie.)

* POSK – Polish Social and Cultural Association (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) powstały w 1974 roku w dzielnicy Londynu Hammersmith
** Wywiad Jacka Żakowskiego z Dorotą Masłowską w tygodniku „Polityka”, nr 15/2014

Tekst ukazał się w „eleWatorze” nr 8 (2/2014)

Reklamy
Zwykły wpis
riots in hackney
obyczaje, Publikacje, sport

Artyści Ulicy w Teatrze Telewizji

W izolowanej przestrzeni Saatchi Gallery mijam owinięte wokół słupów samochody, niepogodzone ze swoją cielesnością manekiny wijące się w seksualnym tańcu i ucho Beethovena. Przedmioty nieme geometrycznie zmuszają mnie do odwiedzin ulubionego pomieszczenia. Wchodzę w zmienne wymiary sprawnego architekta, Richarda Wilsona. Przestrzeń w której mieszkam przestaje być oczywista. Zaniepokojony brakiem podłogi, kuszony do skoku przygotowaną rampą, zapominam na chwilę o nieoczekiwanym przedstawieniu na które wszyscy czekamy, akt pierwszy artystów ulicy. Dyskomfort wzmocniony zapachem oleju z pomieszczenia utrzyma się długo, w drodze powrotnej gdy będę mijał na Sloan Street pamięć kolonialną, angielskie i włoskie dzieła inżynierii motoryzacyjnej okraszone gdzieniegdzie ptasimi niespodziankami oraz pokojówki z Bond Street.

… wiedziony miłością kłaniam się przed krzyżem świętego Jerzego.

Na szczęście jestem uprawniony do osądu z pozycji chłodnego obserwatora. Wychowało mnie miasto usypiających trzynastu muz w którym autor „Eine kleine” może z najwyżej położonej restauracji ukazać przyjezdnym morze Bałtyckie. Konglomerat naleciałości dzięki któremu mogę wybierać sposoby istnienia potrzebne do solidnego zaczepienia w rzeczywistości nieudanego eksperymentu multikulturowego, „nieunikniona modalność widzialnego”.

… na twoje podobieństwo, ulepiony z gliny, wesz , upodli się jak Dedalus w Paryżu.

Dzisiaj teraz stanie się tutaj. Spotkam wieczorem polskich przyjaciół, przy kolacji oglądając wiadomości i podziwiać będziemy przedstawienie Teatru Telewizji. Natchniony pokojem Wilsona wielopoziomuję z konieczności. Od buntu przeciw XIX wiecznej poprawności podróży romantycznych artysta wybiera swój sposób postrzegania jako obiekt analizy i kpiny. Robi to świadomie, z uprzedzenia przed minionym. Powstaje kpina dadaistyczna, surrealizm , doświadczenia wojny z kubizmem , teatr Grotowskiego, Fluxus wreszcie zgnilizna Hirsta niemal zawsze w opozycji do ładunku emocjonalnego sztuki masowej.

… pijany Angus Barnett pamięta opowieści o dywizjonie 303. Opowieść w kołyszącym się autobusie. Udaję, że śpię. Uzurpacja.

Kolega, przy kolacji, z pasją komentuje widziane na ekranie telewizora płonące kamienice na Tottenhamie twierdząc, że „riots nie uradzili by kibicom Legii Warszawa”. Z szacunkiem do czasów „kwiatów nie mających mocy” ruszenie społeczne możliwe było na wielu poziomach aktywności, rzucano kamieniami w uniwersytet burząc dotychczasowy porządek wykładu. Napięcie i konsternacja, szyby wystawowe i kraty pękają pod naporem poprawności politycznej, płoną następne budynki, sklepikarze liczą straty – Croydon, Enfield, po kolei. Przed nami jawi się szokujący w pierwszej chwili spektakl samo-stwarzających się artystów ulicy, teatr finansowany publicznie. Aktorzy są pseudo anonimowi, podług umowy społecznej są systematycznie portretowani tak, by jutro w porannej gazecie można było ich podziwiać.

… chodnik przy Gloucester Place nieopodal świętego Cypriana, wyżłobione od łez piwnicznych prostytutek znaki.

Burmistrz mistrzowsko spóźnia się na przedstawienie stając się jednym z aktorów. Musi uprzątnąć scenę przed igrzyskami olimpijskimi. Ogród sztuk współczesnych przez swoją semantykę w klasycznym sensie nic nie znaczy, odziera sferę psychiczną z właściwych jej sposobów przeżywania. Zamiast udoskonalonych pejzaży zaglądamy bezczelnie w matematyczne wzory, modele opisowe, teorie koloru i dźwięku. Młody artysta ulicy staje po przeciwnej stronie, buntuje się przeciw treści i cenie dzieła sztuki współczesnej, zaczyna wygrywać statystycznie. Wreszcie sam staje się dziełem sztuki. Jako aktor nowego teatru nie musi martwić się o jakość pytań sztuk konkurencyjnych a ja jako drugi pomocniczy młody reżyser hipokryta, już zsekularyzowany i pretendujący do dojrzałego cynizmu, o jej koszta społeczne.

… to on legetai pollahos, kołysany wyciągam dwa pensy z kieszeni, tańczy moneta między palcami. Nieopodal bramy China Town, nie warto było fotografować tej sceny, pęka szyba w restauracji od miłosnego uścisku transwestytów.

Moja faktyczna partycypacja w życiu kulturalnym mieści się w granicach błędu statystycznego, modus operandi w świecie obiektów banalnych mierzone licznością pustych puszek po piwie np. browarów poznańskich w okolicznych parkach .

Cień „How it is” nadal się utrzymuje w Hali Turbin i na szczęście tam pozostanie, a tym bardziej rozmowy przy Finchley Road …

P.S.

Na łamach brytyjskiego „Dziennika Polskiego” jawi się zdanie „Jak tłumaczy kurator wystawy ważne jest, by w tym wielkim mieście nie zatracić siebie, bo bycie londyńczykiem to przede wszystkim przywilej bycia sobą. Nikt nie zwraca tu uwagi na kolor skóry, narodowość, pochodzenie, bo błądząc w labiryncie monarchii brytyjskiej wszyscy mamy takie same szanse.” opisujące wystawę zbiorową „Londoners” Zrzeszenia Polskich Artystów Plastyków w Wielkiej Brytanii (APA).

… ważne jest, by nie zatracić siebie obcując z tą wspaniałą, porażającą swoim malowniczym charakterem panną lekkich obyczajów. Bywa tak, że kocha się ją bezgranicznie. Bycie jej kochankiem to przywilej walki o siebie, nieskończony dialog z jej humorami, tym bardziej, że jest wybredna. Błądząca ladacznica w odmętach resentymentów postkolonialnych. Niemal każdy, bez względu na kolor skóry i uposażony w odpowiedni potencjał wytwórczy może nabyć pampersy w Union Jacka.

Noil Branc / Londyn


Tekst ukazał się na łamach „eleWatora” nr 1 (1/2012) lipiec/wrzesień

Zwykły wpis